Strona domowa » Sport » Nie zmieniłabym nic w moim życiu

Nie zmieniłabym nic w moim życiu

W swoim domu, z dala od miejskiego zgiełku, odpoczywa i nabiera sił. Gdyby ktoś dał jej szansę, by od nowa mogła wybierać swoja życiową drogę – wybrałaby tę samą. Sport nauczył ją bycia twardym człowiekiem, walki z przeciwnościami losu i hartu ducha. O swoim niespełna czterdziestoletnim życiu opowiada Iwona Kosiorowska, była siatkarka, nauczycielka i prezes klubu Sportowego KSZO Ostrowiec.

Droga z Tarnobrzega do Ostrowca

Była kręta i wiodła przez boiska siatkarskie w rodzinnym mieście, Tarnobrzegu, przez Mielec, Jasło, Muszynę, Rawę Mazowiecką, aż do miejsca, gdzie jest dziś.

Już jako młoda dziewczyna grała w kadrze Polski juniorów. W tym czasie próbowała też sił na innym parkiecie. Zafascynowana tańcem próbowała swoich sił jako baletnica w tarnobrzeskim zespole „Fram”, z którego jednak, z powodu braku czasu, musiała zrezygnować. Dziś tańczy tylko dla przyjemności. Bo miłość do tańca przetrwała.

Podczas tej drogi spotkała swojego męża, Marka, urodziła syna Krystiana. Pierwsze przeprowadzki musiała przeżywać sama. Jednak, kiedy w jej życiu pojawiła się rodzina, wędrówka była już znacznie bardziej skomplikowana. Nigdy jednak nie było tak, by żyli osobno.

Gdy pakowała rzeczy by przewieźć je do innego, kolejnego miasta, marzyła o swoim własnym domu, który byłby azylem, miejscem gdzie można się schować przez całym światem i patrzeć w niebo. Dziś jej dom to prawdziwa oaza spokoju wśród zieleni, tuż obok lasu, do którego można w każdej chwili wyskoczyć po koszyczek grzybów, czy garstkę jagód.

Brakowało tylko rodziców

Bo mąż i syn byli zawsze obok. A rodzice i teściowie daleko. Czasem żal było, że nie ma babci, która pomoże, zaopiekuje się dzieckiem, ukołysze do snu, albo po prostu posiedzi i posłucha o drobnych życiowych problemach. Bo czas na to nie pozwalał, bo dziadkowie byli jeszcze młodzi i pracowali. Więc trzeba było radzić sobie na inne sposoby. I gdy mąż wyjeżdżał za granicę, opiekę nad Krystianem przejmowały czasem koleżanki z drużyny. Z tym na szczęście nie było problemów, bo dom Iwony Kosiorowskiej jest ciągle pełen przyjaciół. Nawet tych sprzed lat, jeszcze z pierwszej tarnobrzeskiej drużyny. Iwona ma dar zjednywania sobie ludzi i chętnie z niego korzysta. I jako sportowiec, którym była jeszcze rok temu, i jako nauczycielka i jako prezes klubu, który musi wciąż szukać nowych źródeł finansowania sportu.

Ale czasem bywało ciężko. Kiedy wracała z meczów, mieszkając jeszcze w Rawie Mazowieckiej, zdarzało jej się wsiadać w samochód i gnać 300 km do Rzeszowa, żeby zdać egzamin na studiach magisterskich z wychowania fizycznego. Zawsze chciała zdobywać cele do których dąży, więc obroniła tytuł magistra. Potem zdążyła jeszcze zrobić studia podyplomowe i kursy trenerskie.

Wędrówkę po ligowych parkietach zakończyła 10 lat temu, znajdując swoje miejsce w Ostrowcu Świętokrzyskim. Mówi, że nie przywiązuje się do rzeczy, ale do ludzi tak. I do tych z ostatniej swojej drużyny poczuła tak duże przywiązanie, ze postanowiła tu zostać.

Prezent na 10 rocznicę

Obchodziła ją w ubiegłym roku. Prezent był ogromną niespodzianką. Wraz ze swoją drużyną, jeszcze jako zawodniczka, wywalczyła drugi awans do Orlen Ligi. Była już wtedy całkiem zadomowiona w Ostrowcu, bo uczyła w Szkole Mistrzostwa Sportowego (wcześniej w ostrowieckich podstawówkach). Jej uczennice to gimnazjalistki i licealistki, które marzą o karierze siatkarskiej. Czasem przypominają jej samą siebie z przed lat. Tak samo marzą o karierze w najwyższych grupach rozgrywkowych. A Iwona wie, że wśród nich są talenty, które zasilą kiedyś Orlen Ligę i że będzie to też jej zasługa.

Decyzja o tym, że to Ostrowiec stanie się tym najważniejszym miejscem dla niej i dla całej rodziny zapadła po sześciu latach mieszkania w tym mieście, gdy zobaczyła tę działkę pod lasem, na której stoi dziś jej dom.

I kiedy już cała rodzina Kosiorowskich uznała, że zostają właśnie tu, Iwonę spotkała kolejna miła niespodzianka. Jej syn, 14-letni dziś Krystian poszedł w ślady mamy, choć ta nigdy go do sportu nie zmuszała. Ale skoro świetnie radzi sobie i w siatkówce i w lekkiej atletyce, i koszykówce, żal byłoby to zmarnować.

Prezesem została w ubiegłym roku

Tuż po tym, jak ze swoją drużyną wywalczyła awans do Orlen Ligi. I choć na początku trudno jej się było znaleźć w twardym świecie biznesu i finansów, dziś znakomicie sobie w nim radzi. Bo czuje się silną kobietą, taką ją uczynił sport. Każdy upadek, po którym trzeba było powstać i iść dalej traktowała jako życiowa lekcję, która dziś bardzo się przydaje.

Katarzyna Sobieniewska – Pyłka