Strona domowa » Styl życia » Jak nie zwariować w XXI wieku?

Jak nie zwariować w XXI wieku?

Rozmowa z dr. hab. Bogdanem de Barbaro, psychiatrą i psychoterapeutą, kierownikiem Zakładu Terapii Rodzin w Katedrze Psychiatrii Collegium Medicum UJ

Panie Profesorze, z badań Światowej Organizacji Zdrowia wynika, że co czwarty mieszkaniec naszego globu cierpi na zaburzenia psychiczne. Czy to oznacza, że u progu XXI wieku świat zwariował?

Pojęcie zaburzeń psychicznych jest bardzo szerokie i dlatego jako psychiatra nie mogę na takie pytanie odpowiedzieć. Mogę natomiast powiedzieć, że ktoś, kto jest chory psychicznie, potrzebuje pomocy psychiatry. Jednak mówienie, że jedna czwarta świata to ludzie zaburzeni, jest bardziej metaforą, uogólnieniem i – jeśli tak można powiedzieć – hasłem komercyjnym niż rzetelną diagnozą sytuacji. Można raczej powiedzieć, że coraz łatwiej ludziom przychodzi uznanie, że to, co się z nimi dzieje wymaga pomocy specjalistycznej i w tym może być właściwie pewna korzyść w znaczeniu, że słabnie bariera między kimś, kto ma problemy, a kimś, kto może na nie pomóc. I obojętne, czy to będzie psycholog, psychoterapeuta czy nawet psychiatra. Jest też w związku z tym pewne niebezpieczeństwo, że ktoś, kto do tej pory radził sobie sam, przy pomocy rodziny czy przyjaciół, teraz będzie chodził na skróty do specjalisty, jakby nie dając sobie czy swoim bliskim szansy na to poszukiwanie, prowadzące do znalezienia w sobie wewnętrznej siły poradzenia sobie. Ale generalnie rzecz biorąc, myślę, że to, iż ludziom jest łatwiej czy bliżej sięgać po pomoc psychoterapeutyczną, jest zjawiskiem w jakimś sensie korzystnym.

A z czego to wynika? Z mody, z troski o higienę psychiczną, z potrzeby wygadania się, z samotności? Nie bez przyczyny jednym z najbardziej popularnych zawodów w Stanach czy na Zachodzie jest psychoanalityk czy psychoterapeuta i wielu tamtejszych ludzi biega do nich z podziwu godną systematycznością.

Może wielu, ale z niektórych środowisk. Bo to daje szanse na rozwój, na lepsze rozumienie siebie, na efektywność zawodową, ale nie tylko. To może wynikać także z czegoś, co jest wtórne do kryzysu rodziny, kryzysu przyjaźni, kryzysu więzi międzyludzkich. To zjawisko jest powszechnie opisywane. I rzeczywiście nie będę tu oryginalny, jak zwrócę uwagę na fakt, że w świecie ludzi zagonionych za pracą, w świecie ludzi zmęczonych, którzy na przykład nie mogą iść do pracy piechotą, tylko pojadą autem, dzięki czemu mają pół godziny czasu, żeby sobie pochodzić po sztucznym bieżniku w jakimś jogging-clubie pod dachem – w takim świecie może dochodzić do napięć, które określa się w świecie terapeutów reakcjami nerwicowymi, reakcjami na stres. Takie problemy są coraz częściej obiektem pracy terapeutów czy psychiatrów.

Czy obserwowany w naszym stuleciu, choć zapoczątkowany w XX wieku „wyścig szczurów” poszerzył atlas chorób psychicznych?

Może nie sam atlas, bo objawy są takie, jakie były. To mogą być objawy lękowe, objawy wegetatywne, objawy, które mogą imitować problemy natury internistycznej. Natomiast pod spodem jest stres, konflikt natury wewnętrznej. Na przykład konflikt między pewnymi celami. Na przykład ktoś chce jednocześnie być dobrym ojcem i robić karierę albo ktoś jednocześnie chce być dobrą opiekunką domostwa rodzinnego, ale słyszy podpowiedź ze strony kultury: nie daj się zostawić w domu, pracuj. To są takie konflikty. I nieraz rozwiązanie takiego konfliktu jest trudne i w sukurs temu przychodzą objawy.

Wiek XX był wiekiem depresji i lęku, czemu zresztą trudno się dziwić, patrząc w historię, zaś XXI wiek, jaki może być pod tym względem?

O, to już byłaby nie tyle futurologia, co futuropoeza, czyli wymyślanie. Bo gdy pan mówił, że będziemy rozmawiać o przyszłości, to pomyślałem, że jest to w gruncie rzeczy taka zabawa, w której możemy wymyślać różne scenariusze. Chciałby pan na początek scenariusz dobry czy zły, pozytywny czy negatywny?

Zacznijmy od negatywnego, bo przynajmniej skończymy optymistycznie.

OK. W takim razie: ludzie będą tak zagonieni, że będą tracili swoją duchowość, tożsamość, swoją refleksję nad samym sobą i będą – jeśli tak można powiedzieć – robotyzowali swoją osobę. Na to będą dostawali wydatną pomoc od firm farmaceutycznych, polegającą na tym, w jaki spokojnie zasnąć przy pomocy chemii, jak wstać rześkim przy pomocy chemii, jak w ciągu dnia mieć jeszcze dużo energii przy pomocy chemii. Firmy farmaceutyczne będą coraz bogatsze, a człowiek będzie coraz bardziej trybem w maszynie systemu kapitalistycznego czy już globalnego. Co jakiś czas będzie odpoczywał, ale oczywiście także intensywnie, bo tak nakazują foldery biur podróży. A jednocześnie będą rosły napięcia, będzie istniała wrogość lub napięcie wobec obcego. Zatem będą rosły nacjonalizmy, podsycane dodatkowo przez polityków, a obcy nie będzie obiektem zaciekawienia, tylko organizowanej przez polityków agresji.

Czy grozi nam życie w epoce manipulacji, epoce Wielkiego Brata, uniformizacji, która powstaje na fali globalizmu, epoce sztuczek marketingowych i coraz większej umiejętności wpływania ma podświadomość?

O groźbach mówiąc, to oczywiście, że można w taki sposób popatrzeć. Jednak znając gotowość do anarchizacji, moc demokracji, moc zainteresowania wielością czy różnorodnością – to tego bym się tak specjalnie nie obawiał.

Nawet biorąc pod uwagę psychologię tłumu?

Na szczęście psychologia tłumu nie jest jedyną psychologią. Tak samo istnieje psychologia różnic indywidualnych, tak samo kwitnie psychologia twórczości, tak samo coraz częściej rozwijana jest psychologia człowieka dorosłego. Psycholodzy mieszają się w różne sprawy, więc to nie jest tak, że oni w swoich umysłach tylko konstruują jakieś niecne plany uniformizowania człowieka XXI wieku.

Czyli generalnie, nie będzie w XXI wieku czegoś w rodzaju maoizmu, globalnej wioski ludzi podobnie myślących i podobnie snobujących się?

To znaczy – pamiętając oczywiście, że to jest na poły zabawa dotycząca przewidywania przyszłości – gdybym miał ja lub moi potomkowie dostawać nagrodę za trafne domyślanie się to raczej byłbym skłonny dopuszczać myśl o zjawisku wahadła. Czyli to, co się będzie działo będzie oscylowało od anarchizacji i wielości do zorientowania się, jakie są niebezpieczeństwa w tym, że wszystko wolno i wszystko jest dopuszczalne i że wszelka rozmaitość jest najwyższym dobrem. Wtedy ktoś się przestraszy i zorientuje się, że ten kierunek to ślepa uliczka. Następnie przyjdzie ktoś, kto to uporządkuje i zuniformizuje.

Pozostając jeszcze w tym negatywnym scenariuszu. Wspomniał Pan o koncernach farmaceutycznych. Rozwija się nowa gałąź wiedzy – psychofarmakologia. Już nawet do żywności dodaje się rozmaite pierwiastki, które mają pobudzić mózg do myślenia, człowieka do kreatywności. Czy jest to przyszłość w XXI wieku, jeśli chodzi o farmakologię, psychologię i psychiatrię?

Najpierw doprecyzujmy termin. Psychofarmakologia sama w sobie nie jest niczym złym. Psychofarmakologia bardzo często pomaga ludziom wyjść z psychozy, z głębokiej depresji czy głębokiego lęku, pomaga zasnąć. Więc nie chciałbym, żeby w naszej rozmowie powstało wrażenie, że wszystko, co powstało w psychofarmakologii to jest toksyczne dzieło szatana. Natomiast nadużywanie tego – tak jak każda forma nadużywania – może być czymś niebezpiecznym . Może doprowadzić do uzależnienia, do degradacji, może prowadzić do różnych negatywnych konsekwencji. Zatem najprościej byłoby powiedzieć, że jeśli psychofarmakologia jest stosowana, po pierwsze, w jakiś rozsądnych proporcjach, po wtóre – jest monitorowana przez fachowca – to jest wszystko dobrze. Powiem więcej. Psychofarmakologia jest wielkim osiągnięciem drugiej połowy XX wieku. Ona się będzie rozwijać, bo nadal jest bardzo wiele do zrobienia, zwłaszcza w tak zwanej dużej psychiatrii, czyli chorobach psychicznych. Natomiast pan wspomniał o czymś, co może być nadużyciem – nadużywaniem środków chemicznych do sztucznego życia czy pomysłu na sztuczne życie. Podobnie jest w kwestii środków dopingujących, które doraźnie są świetne, a na dłuższą metę niszczące. Ale to jest problem wszystkich środków uzależniających. Natomiast ciekawą sprawą jest to, że nie ma jakiejś ostrej granicy pomiędzy tym, co jest zacną pomocą a obsesją. Zażywając witaminy, mamy pod spodem ideę zdrowia, ale niekiedy – to szczególnie jest widoczne w Stanach Zjednoczonych – obsesję zdrowia. A to znaczy, że ktoś jest uzależniony tak samo, jak można być uzależnionym od narkotyków, seksu czy alkoholu. W tym przypadku od tego, że muszę ważyć tyle, ile trzeba, muszę mieć w swojej diecie dokładnie tyle kalorii, ile przepisał mi dietetyk i tak dalej. Jeżeli to staje się obsesją człowieka, jeżeli życie człowieka zaczyna się kręcić wokół tego problemu, no to w gruncie rzeczy taki człowiek traci wolność. Zdrowie zacna rzecz, ale jeśli zdrowie traktuje się jako bożka życia, to jest to rzeczywiście kłopot.

A jest to kłopot, jeśli patrzy Pan na swoją praktykę kliniczną?

Nie. Z mojej praktyki klinicznej więcej problemów przynosi życie niż to, że ktoś jest obsesyjnie nastawiony do swojej diety. Ale mówimy tu troszkę o przyszłości i to w dodatku w wersjach tragikomicznych. Ale można to sobie wyobrazić. Im kraj bardziej rozwinięty, im większy nadmiar żywności, im większy konsumizm czy konsumpcjonizm, tym to zagrożenie jest większe.

Ale tak na dobrą sprawę w tym kulcie życia chodzi tak na dobra sprawę o dłuższe starzenie się.

Czy ja wiem? Na pewno starzejemy się dłużej, ale gdyby porównać dzisiejszą sytuację i to, co było 50 lat temu a propos możliwości człowieka, to widać kolosalną róznicę. Niech pan zobaczy, ile mógł w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku zrobić pięćdziesięciolatek? Witalność ludzi dzisiejszych i tych sprzed kilkudziesięciu lat jest różna. I to nie tylko dlatego, że mniej chorób po drodze, ale że żyje się zdrowiej. Ciągle się tak wahamy między czarnymi wizjami tego, co się dzieje lub tego, co może się stać, więc…

Tak, dlatego najwyższy czas powiedzieć coś optymistycznego.

Te dobre pomysły na świat są połączone, tak mi się wydaje, z projektem harmonijności świata. To znaczy tam, gdzie człowiek potrafi łączyć przyjemność z obowiązkiem, rozwój intelektualny z rozwojem emocjonalnym, potrafi rozwijać refleksję i potrafi rozwijać działalność…

Jednym słowem potrafi być „piękny i mądry”.

Na przykład. Generalnie to jest taka sytuacja, gdzie nie ma zahamowania ani takiego biegania pod górę z zadyszką. Wydaje się, że ten trend do wyścigu szczurów, o którym pan wspominał to narasta. Ale kolejna rzecz to jednak różnica między Stanami Zjednoczonymi a Europą. Jeśli się dobrze przyglądałem Stanom przez rok, to tam owo nastawienie na wyścig jest dużo mocniejsze. Dlatego mam znacznie większe upodobanie do Europy Zachodniej, gdzie – nie wiem, czy takie uogólnienie ma rację bytu – korzenie są głębsze, mocniej osadzone na duchowości, w związku z tym jest więcej – tak bym to nazwał – sensownych wątpliwości. Natomiast w Stanach może jest uroczo, ale istnieje taka pewna naiwność tego „życiowego sportowca”.

Panie Profesorze, patrząc na postępy w medycynie i genetyce – słynna sprawa odkrycia genomu – czy w XXI wieku wyleczymy wszystkie choroby psychiczne, skoro coraz częściej są już one postrzegane jako choroby mózgu?

Rzeczywiście, dostęp do genomu jest czymś nieprawdopodobnym! Jeszcze kilkadziesiąt lat temu mówienie o takim odkryciu byłoby traktowane jako science-fiction. I z tego punktu widzenia choroby psychiczne będą najprawdopodobniej pod znaczniejszą kontrolą. Jeśli ich nawet nie pokonamy. Natomiast proszę pamiętać, że nie zostaną pokonane problemy ludzkie, problemy egzystencjalne. Problem egzystencjalny przyjmuje czasem formę zadumy, melancholii czy doraźnej bezradności, a czasem wiedzie do dezintegracji człowieka. Dlatego nie martwiłbym się o pracę dla psychiatrów czy psychoterapeutów. Ale będzie to praca o tyle na wyższym poziomie i inna, że pacjent będzie w większym stopniu klientem i usługobiorcą. Że na pewno, daj Boże na pewno, nie będzie to już taka sytuacja jak sprzed lat pięćdziesięciu, gdy pacjent psychiatryczny był poddanym psychiatrów. Teraz będzie to relacja, mówimy tak patetycznie, partnerska. Że taka będzie możliwość farmakoterapii czy psychoterapii, iż pacjent będzie wyraźnie podmiotem oddziaływań terapeutycznych a nie psychiatra będzie panem.

Na koniec, Pańska rada: jak nie dać się zwariować w XXI wieku?

Jak nie zwariować należy rozumieć w znaczeniu, jak nie poddać się stresom. Troszkę powiedziałem o tym przed chwilą Można wtedy, jeśli człowiek potrafi dzielić swoje życie na obowiązki i przyjemności, potrafi mieć jeszcze refleksję nad tym, potrafi szanować siebie w swoich potrzebach, ale ze swoich potrzeb nie robi celu bezwzględnego. Kiedy potrafi żyć wśród ludzi i w sieci społecznej. To jest coś bardzo ważnego i to wynika z różnych badań, że sieć społeczna jest czymś bardzo ważnym i że taka autonomia człowieka nie powinna prowadzić do atomizacji.

Bo nikt nie jest samotną wyspą.

Tak kiedyś ładnie powiedzieli. A druga ważna sprawa jest taka, aby dawać sobie poczucie sprawstwa, żeby nie dać się wciągnąć w taką opowieść, że jest się tylko trybem większej maszyny, większej całości. Jeżeli człowiek uzna swoją indywidualną opowieść za opowieść swojego autorstwa i nada swojemu życiu ten rodzaj wizji projektu, że to on właśnie czuwa albo wręcz odpowiada za to, co się dzieje z jego życiem, to wtedy nie ulegnie pokusie zwariowania.

Łukasz Winczura